Piać z zachwytu jeszcze nie będę, ale co się należy to
Wiśle przyznać trzeba. Tak, krakowskiej Wiśle. Natchnęło mnie wczorajsze ligowe
spotkanie z Lechem. Pod wodzą „Franza” nurt Wisły znacznie przyspieszył, a
Biała Gwiazda zaczyna powoli świecić dawnym blaskiem.
W ostatnim 10-leciu krakowska Wisła była jednym z naszych
głównych piłkarskich towarów eksportowych. Znakomite występy w europejskich
pucharach i dominacja na krajowym podwórku. Któż z nas nie pamięta znakomitych
meczów z Parmą, Schalke czy Lazio. Wówczas w Krakowie mieli prawdziwą potęgę, a
prym w drużynie wiedli tacy piłkarze jak Frankowski, Żurawski, Kosowski czy
Uche. Wówczas Wisła zrobiła wiele dla całej polskiej piłki.
Jednak ostatnie sezony, a dokładnie dwa ostatnie to – nie
boję się mocnego stwierdzenia – pasmo porażek krakowskiego klubu. Co prawda jeszcze
w 2011 roku w Krakowie cieszono się z Mistrzostwa Polski, ale do elitarnej Ligi
Mistrzów zakwalifikować się nie udało. Były też kompromitujące występy w
europejskich pucharach, gdzie Wisłę wyeliminowały estońska Levadia oraz azerski
Qarabagh. W lidze dwukrotnie zajęła 7 miejsce co dla takiego klubu jest po prostu
wstydem. Nieudane były próby z trenerami Kazimierzem Moskalem, Michałem
Probierzem i Tomaszem Kulawikiem, a kiedy przed tym sezonem kontraktowano Franciszka
Smudę wielu fanów pukało się w czoło. Bo jak może być lepiej z człowiekiem,
który przez blamaż z reprezentacją stał się pośmiewiskiem wśród kibiców?
A jednak może! Wielu kibiców nie dowierzało również
słowom Smudy, który przed sezonem mówił, że Wisła walczyć będzie o puchary.
Większość speców piłkarskich twierdziło nawet, że w Krakowie walczyć będą o
utrzymanie. Tymczasem Wisła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w niczym
nie przypomina zespołu w poprzednich sezonów, zaczyna za to przypominać starą,
dobrą Wisłę. Klub powoli odbudowuje swoją utraconą markę, a trener Smuda
odbudowuje utracone dobre imię. Nie szło mu z reprezentacją, nie szło w
Ratyzbonie, ale zaczyna iść pod Wawelem.
Efekt? Pięć meczów w Ekstraklasie, 9 punktów i żadnej
porażki na koncie. Stracone tylko trzy bramki – najmniej w lidze. Jak na razie
4 pozycja w tabeli (przed dzisiejszym meczem Korony z Piastem) i tylko dwa
punkty straty do lidera. Co jeszcze warte odnotowania to powrót Pawła Brożka,
który zaczyna „grać swoje” oraz Łukasz Garguła, który chyba sam się zastanawia „co
ten Smuda zrobił, że ja tak gram?!”
